wtorek, 11 listopada 2014

Dungeons&Dragons (Lochy i Smoki)


Dodaję ten film jako pierwszy z kilku powodów. Primo: po jego seansie moja psychika została bezpowrotnie zniszczona i żeby zregenerować chociaż część, muszę przejść przez swoiste katharsis wyrzucając to doświadczenie z siebie. Secundo: Chcę ostrzec wszystkich przez tym gniotem.
I wreszcie, last, but not least: ten film będzie stanowił odniesienie dla całej reszty kiepawych, kijowych i horrendalnych dzieł, które tu jeszcze zobaczycie. To klasyczne 1/10; gorzej mogło być tylko w montażu i realizacji, ale tego akurat nie zamierzam oceniać.

Krótko: filmy mogą być co najwyżej tak samo złe. Niżej zejść się nie da, przynajmniej nie w kategoriach oceny stosowanych na tym blogu.

Kilka pytań retorycznych:
Co w tej kupie parującego nawozu robi Jeremy Irons?
Przegrał jakiś zakład? Jego rodzina mogła zginąć?
Dlaczego w produkcję zaangażowało się New Line Cinema? Przecież to ci goście od Władcy Pierścieni?
Co to ma wspólnego z papierowym RPG o nazwie Dungeons&Dragons?

Na papierze seans stanowi mokry sen każdego krytyka: tu można się doczepić do wszystkiego. WSZYSTKIEGO. Po pięciu minutach sam-na-sam marzenie zmienia się w koszmar. Nawet pół butelki ginu nie pomogło mi w odbiorze tego filmu.

Twórcom udało się dokonać rzeczy niebywałej: film wszedł do kin w roku 2000, a robi wrażenie wczesnych lat 80. Bohaterowie są płascy jak Winona Ryder, aktorstwo leży i prosi o dobicie, scenografia polega na użyciu gumy oraz modeliny do wszystkiego. Po krótkiej chwili namysłu stwierdzam, że nic nie jest w stanie przebić efektów specjalnych rodem z lat 60. Nawet wyśmiewany polski Wiedźmin miał lepsze CGI (a mamy co porównywać, bo w obu dziełach pojawiają się smoki).

Po drodze zgubiono gdzieś fabułę, więc postanowiono ją zastąpić sztampą. Zajebistą sztampą. Mamy więc dobrą cesarzową i złego maga. Cesarzowa chce dobrze dla ludu, a mag dla siebie. Z tego powodu występuje konflikt interesów, więc wyjątkowo beznadziejny Jeremy Irons próbuje zabić/zastraszyć każdego za pomocą swojego siepacza używającego niebieskiej szminki. Wśród bohaterów mamy również czarnoskórego przydupasa głównego bohatera, który jest uosobieniem słowa ‘stereotyp’. I nawet ginie pierwszy, co mówi samo za siebie. Reszta postaci nie jest w jakikolwiek sposób przetwarzana przez scenariusz: mamy zbiór przypadkowych osób, które patrzą po sobie i mają miny z gatunku A o co tu, kurwa, chodzi? Do tego krasnolud jest wzrostu człowieka, co próbuje nadrabiać gumowym toporem i wiecznie brudną rudą brodą.

Szczerze mówiąc, nie przypuszczałem, że opis tego bagna sprawi mi taki problem. Żeby nie być jednostronnym, sporządziłem także listę plusów, którą można zobaczyć na samym końcu tej fascynującej ściany tekstu, która miała pełnić rolę recenzji, ale przekształciła się w słowne wymioty człowieka, który ma psychicznego kaca po obejrzeniu tego filmu.

Ocena: 1/10

Plusy:
- mógł być dłuższy
- można nim torturować więźniów w Iraku i Afganistanie
- po seansie każdy inny film jest arcydziełem

Minusy:
- cała reszta
- serio, mam wymieniać?
- aktorzy
- fabuła
- efekty
- scenografia
- mógł być krótszy
- ma dwie kolejne części
- nie ma nic wspólnego z D&D
- pomimo 13 nominacji, nie zdobył żadnej nagrody dla najgorszego filmu etc.
- wygenerował zaledwie 12 milionów dolarów straty (powinno być o wiele więcej)

Nagrody specjalne:
Jeremy Irons (za udział)
Thora Birch (za wyróżniające się na tle tego filmu (sic) kijowe aktorstwo)
Marlon Wayans (za wskrzeszenie najgorszych stereotypów rasowych i bardzo bolesną, nieudaną próbę bycia śmiesznym)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz