czwartek, 13 listopada 2014

Baldur's Gate (Wrota Baldura)



Być może niektórzy z Was mieli okazję grać w tego wspaniałego RPGa z końca XX wieku. Sprzedał się na tyle dobrze, że ktoś wymyślił skok na kasę w postaci książki. Nie mam pojęcia, ile zarobiła, ale została przełożona na polski. Niestety.


Ta publikacja to tak naprawdę żałosna próba wygenerowania wielkich zysków bardzo małym kosztem. Autor, czyli Philip Athans, powinien zostać powieszony za jaja na najbliższym drzewie za krzywdę, jaką wyrządził tej wspaniałej serii. O jego poziomie powinno świadczyć chociażby to, że znowelizował także Neverwinter Nights, ale z powodu ogólnej miernoty dzieło nigdy nie zostało wydane. A przynajmniej tak donoszą mi moi konfidenci. Biorąc pod uwagę dotychczasową karierę tego pana oraz jego publikacje, jest to bardzo prawdopodobne. 


Jak czyta się Wrota Baldura? Bez tępego, ciągłego bólu, ale także bez przyjemności. To jak kanałowe leczenie jedynki na znieczuleniu. Nieprzyjemne, ale da się przeżyć, chociaż kto normalny chciałby to robić w wolnym czasie?


Autor ma ewidentnie sprawdzony sposób na sukces: sex, violence i pierdy. Generalnie strony tej książki są usłane wyjątkowo chujowym gore, w którym flaki lecą na wszystkie strony, a jeden z bohaterów dla zabawy dociska palec do tętnic, żeby zmienić kierunek tryskania krwi. W momentach, w których nikt nikogo nie zabija, Athans próbuje wrzucać wyjątkowo nieudolne aluzje erotyczne, które występują bardzo randomowo i kompletnie nic za sobą nie niosą. Zupełnie też nie rozumiem analno-smrodliwej fascynacji autora, który pozostałe w tekście luki uzupełnił pierdami, zgnilizną, smrodem i waleniem po gaciach w trakcie walki. Wszystko to w tak bezbarwnym sosie, że nawet niezbyt obrzydza (chociaż niesmak zostaje).
W tym wszystkim gubi się gdzieś fabuła i każda osoba, która nie grała w grę (albo ogólniej: w RPGi) może mieć uzasadnione wątpliwości co do powodów postępowania bohaterów. No po co chuj się pchać w takie sytuacje? Dla mnie to jasne: trzeba bić level, grindować i farmić, ale właśnie z takim syfem próbował walczyć Baldur’s Gate. No i nie wyszło, bo ktoś zatrudnił taniego kretyna na stanowisku pisarza.


W całej serii (bo toto ma trzy części) swoje dorzuca polski tłumacz i korekta, która nigdy nie była tak leniwa. Dla zabawy wypisałem dwa suchary z przypadkowych stron. Całość zajęła mi jakieś dwie minuty i z tego, co pamiętam, to większy czas zaskutkowałby o wiele lepszymi wynikami. Przy kolejnym tomie postaram się wyhaczyć kilka perełek.


Błędy korekty:
Ostatnie dziesięć dni tygodnia
Kolczuga skwierczała dźwięk z jego kolczugi


Ocena: 3/10

Plusy:
- Bywało gorzej
- serio, nie czytaliście kolejnych dwóch części
- tania (19,95)
- ponad 300 stron – nadaje się na rozpałkę
- nazwa

Minusy:
- kompletny brak emocji i sensu
- poza imionami kilku postaci i nazwami kilku miejsc nie ma nic wspólnego z grą
- fiksacja analna autora
- sceny walki przeradzają się w wyjątkowo nudne i źle napisane gore
- ma dwie kolejne części
- główny bohater
- polska korekta
- humor na poziomie czwartoklasisty

środa, 12 listopada 2014

Alien versus Predator



Ten film to klasyczny przykład niedomówienia. Jak dla mnie, ktoś zatrzymał się w połowie drogi i stworzył coś kompletnie niekompletnego. Jest zbyt słaby, żeby czegokolwiek od niego wymagać i za mało kiepski, żeby osiągnąć dno absolutne. Pojawiają się w nim nawet nieliczne, sekundowe momenty, podczas których można w czasie seansu odczuć coś na kształt przyjemności.

Kilka pytań retorycznych:
Kto pozwolił na użycie Obcych w tym filmie?
Dlaczego (pytanie natury ogólnej)?
Jak można było tak bardzo to zjebać?
Czy scenariusz pisał dysfunkcyjny płód w drugim miesiącu od zapłodnienia?

Przyznaję, oryginalnego Predatora nie widziałem. I nawet nie mam zamiaru. Jakoś tak... nie widzę w nim nic ciekawego. No i zapewne jest skażony latami 80.
Za to Alien... taaak, zdecydowanie jest to jedna z moich ulubionych serii. Od wspaniałej pierwszej części, poprzez bardzo dobrą drugą, średnią trzecią i słabiutką czwartą... no dobra, powiedzmy sobie szczerze: Alien to trylogia. Pozostałe próby dotknięcia tego fenomenu (tak, łącznie z Prometeuszem!) to równia pochyła. O ile jeszcze czwórka jest zjadliwa przy dobrych wiatrach i oscyluje między 4 a 5/10 (głównie dzięki Sigourney Weaver), to kolejne skoki na hajs mają wyjątkowo mierne efekty. Filmowe, bo ludzie i tak kupują miliardy biletów generując zysk. Czego się jednak spodziewać po blockbusterach?
Czym jest Alien Versus Predator? Wyjątkowo chujowym gore, którego reżyser wbił się w PG-13. Otrzymaliśmy zatem slasher, w którym prawie nie ma krwi. Na innych gruntach film wcale nie zyskuje: innymi słowy, fabuła zawodzi, aktorzy zawodzą, bohaterowie zawodzą (dosłownie również, bo body count jest przyzwoity). Jedyne w miarę fajne rzeczy to Lance Henriksen (ale jego postać i tak ssie), efekty i możliwość pooglądania Xenomorfów. Nawet w tak słabej oprawie.

Ocena: 3/10
Plusy:
- mógł być dłuższy
- Lance Henriksen
- efekty
- lubię Alieny...

Minusy:
- ... więc wkurwia mnie, że zostały tak potraktowane
- w ogóle Alieny powinny wygrać
- idiotyczna fabuła
- aktorstwo
- bohaterowie ogółem
- Alexa Woods jako postać w szczególności
- ma drugą część
- jakimś cudem ten film zarobił ponad 100mln$

Nagrody specjalne:
Scenarzysta (za cliffhanger na końcu, który sprowokował kogoś do stworzenia drugiej części tej kupy)

wtorek, 11 listopada 2014

Dungeons&Dragons (Lochy i Smoki)


Dodaję ten film jako pierwszy z kilku powodów. Primo: po jego seansie moja psychika została bezpowrotnie zniszczona i żeby zregenerować chociaż część, muszę przejść przez swoiste katharsis wyrzucając to doświadczenie z siebie. Secundo: Chcę ostrzec wszystkich przez tym gniotem.
I wreszcie, last, but not least: ten film będzie stanowił odniesienie dla całej reszty kiepawych, kijowych i horrendalnych dzieł, które tu jeszcze zobaczycie. To klasyczne 1/10; gorzej mogło być tylko w montażu i realizacji, ale tego akurat nie zamierzam oceniać.

Krótko: filmy mogą być co najwyżej tak samo złe. Niżej zejść się nie da, przynajmniej nie w kategoriach oceny stosowanych na tym blogu.

Kilka pytań retorycznych:
Co w tej kupie parującego nawozu robi Jeremy Irons?
Przegrał jakiś zakład? Jego rodzina mogła zginąć?
Dlaczego w produkcję zaangażowało się New Line Cinema? Przecież to ci goście od Władcy Pierścieni?
Co to ma wspólnego z papierowym RPG o nazwie Dungeons&Dragons?

Na papierze seans stanowi mokry sen każdego krytyka: tu można się doczepić do wszystkiego. WSZYSTKIEGO. Po pięciu minutach sam-na-sam marzenie zmienia się w koszmar. Nawet pół butelki ginu nie pomogło mi w odbiorze tego filmu.

Twórcom udało się dokonać rzeczy niebywałej: film wszedł do kin w roku 2000, a robi wrażenie wczesnych lat 80. Bohaterowie są płascy jak Winona Ryder, aktorstwo leży i prosi o dobicie, scenografia polega na użyciu gumy oraz modeliny do wszystkiego. Po krótkiej chwili namysłu stwierdzam, że nic nie jest w stanie przebić efektów specjalnych rodem z lat 60. Nawet wyśmiewany polski Wiedźmin miał lepsze CGI (a mamy co porównywać, bo w obu dziełach pojawiają się smoki).

Po drodze zgubiono gdzieś fabułę, więc postanowiono ją zastąpić sztampą. Zajebistą sztampą. Mamy więc dobrą cesarzową i złego maga. Cesarzowa chce dobrze dla ludu, a mag dla siebie. Z tego powodu występuje konflikt interesów, więc wyjątkowo beznadziejny Jeremy Irons próbuje zabić/zastraszyć każdego za pomocą swojego siepacza używającego niebieskiej szminki. Wśród bohaterów mamy również czarnoskórego przydupasa głównego bohatera, który jest uosobieniem słowa ‘stereotyp’. I nawet ginie pierwszy, co mówi samo za siebie. Reszta postaci nie jest w jakikolwiek sposób przetwarzana przez scenariusz: mamy zbiór przypadkowych osób, które patrzą po sobie i mają miny z gatunku A o co tu, kurwa, chodzi? Do tego krasnolud jest wzrostu człowieka, co próbuje nadrabiać gumowym toporem i wiecznie brudną rudą brodą.

Szczerze mówiąc, nie przypuszczałem, że opis tego bagna sprawi mi taki problem. Żeby nie być jednostronnym, sporządziłem także listę plusów, którą można zobaczyć na samym końcu tej fascynującej ściany tekstu, która miała pełnić rolę recenzji, ale przekształciła się w słowne wymioty człowieka, który ma psychicznego kaca po obejrzeniu tego filmu.

Ocena: 1/10

Plusy:
- mógł być dłuższy
- można nim torturować więźniów w Iraku i Afganistanie
- po seansie każdy inny film jest arcydziełem

Minusy:
- cała reszta
- serio, mam wymieniać?
- aktorzy
- fabuła
- efekty
- scenografia
- mógł być krótszy
- ma dwie kolejne części
- nie ma nic wspólnego z D&D
- pomimo 13 nominacji, nie zdobył żadnej nagrody dla najgorszego filmu etc.
- wygenerował zaledwie 12 milionów dolarów straty (powinno być o wiele więcej)

Nagrody specjalne:
Jeremy Irons (za udział)
Thora Birch (za wyróżniające się na tle tego filmu (sic) kijowe aktorstwo)
Marlon Wayans (za wskrzeszenie najgorszych stereotypów rasowych i bardzo bolesną, nieudaną próbę bycia śmiesznym)