Być może niektórzy z Was mieli okazję grać w tego
wspaniałego RPGa z końca XX wieku. Sprzedał się na tyle dobrze, że ktoś
wymyślił skok na kasę w postaci książki. Nie mam pojęcia, ile zarobiła, ale
została przełożona na polski. Niestety.
Ta publikacja to tak naprawdę żałosna próba wygenerowania
wielkich zysków bardzo małym kosztem. Autor, czyli Philip Athans, powinien
zostać powieszony za jaja na najbliższym drzewie za krzywdę, jaką wyrządził tej
wspaniałej serii. O jego poziomie powinno świadczyć chociażby to, że
znowelizował także Neverwinter Nights, ale z powodu ogólnej miernoty dzieło
nigdy nie zostało wydane. A przynajmniej tak donoszą mi moi konfidenci. Biorąc
pod uwagę dotychczasową karierę tego pana oraz jego publikacje, jest to bardzo
prawdopodobne.
Jak czyta się Wrota Baldura? Bez tępego, ciągłego bólu, ale
także bez przyjemności. To jak kanałowe leczenie jedynki na znieczuleniu.
Nieprzyjemne, ale da się przeżyć, chociaż kto normalny chciałby to robić w
wolnym czasie?
Autor ma ewidentnie sprawdzony sposób na sukces: sex,
violence i pierdy. Generalnie strony tej książki są usłane wyjątkowo chujowym
gore, w którym flaki lecą na wszystkie strony, a jeden z bohaterów dla zabawy
dociska palec do tętnic, żeby zmienić kierunek tryskania krwi. W momentach, w
których nikt nikogo nie zabija, Athans próbuje wrzucać wyjątkowo nieudolne
aluzje erotyczne, które występują bardzo randomowo i kompletnie nic za sobą nie
niosą. Zupełnie też nie rozumiem analno-smrodliwej fascynacji autora, który
pozostałe w tekście luki uzupełnił pierdami, zgnilizną, smrodem i waleniem po
gaciach w trakcie walki. Wszystko to w tak bezbarwnym sosie, że nawet niezbyt
obrzydza (chociaż niesmak zostaje).
W tym wszystkim gubi się gdzieś fabuła i każda osoba, która
nie grała w grę (albo ogólniej: w RPGi) może mieć uzasadnione wątpliwości co do
powodów postępowania bohaterów. No po co chuj się pchać w takie sytuacje? Dla
mnie to jasne: trzeba bić level, grindować i farmić, ale właśnie z takim syfem
próbował walczyć Baldur’s Gate. No i nie wyszło, bo ktoś zatrudnił taniego
kretyna na stanowisku pisarza.
W całej serii (bo toto ma trzy części) swoje dorzuca polski
tłumacz i korekta, która nigdy nie była tak leniwa. Dla zabawy wypisałem dwa
suchary z przypadkowych stron. Całość zajęła mi jakieś dwie minuty i z tego, co
pamiętam, to większy czas zaskutkowałby o wiele lepszymi wynikami. Przy
kolejnym tomie postaram się wyhaczyć kilka perełek.
Błędy korekty:
Ostatnie dziesięć dni tygodnia
Kolczuga skwierczała dźwięk z jego kolczugi
Ocena: 3/10
Plusy:
- Bywało gorzej
- serio, nie czytaliście kolejnych dwóch części
- tania (19,95)
- ponad 300 stron – nadaje się na rozpałkę
- nazwa
Minusy:
- kompletny brak emocji i sensu
- poza imionami kilku postaci i nazwami kilku miejsc nie ma
nic wspólnego z grą
- fiksacja analna autora
- sceny walki przeradzają się w wyjątkowo nudne i źle
napisane gore
- ma dwie kolejne części
- główny bohater
- polska korekta
- humor na poziomie czwartoklasisty